niedziela, 22 lutego 2015

I'm a mom. What's your superpower? Czyli narty ze śpiworkiem w tle :)

Z górki na pazurki!! Pamiętacie to jeszcze? :)
Mi się powoli takie teksty przypominają ;) Co i rusz otwierają mi się jakieś szufladki w głowie, z których wyskakują jak diabeł z pudełka takie powiedzonka.
Dobra, ale co to ma wspólnego z tytułem posta? Pomijając pierwszą część - zupełnie nic.
Tyle tylko, że byliśmy w górach. 

śpiworek dla dziecka z minky

Tak jak pisałam poprzednio, lubimy jeździć na nartach. Niestety - dopóki Tosio nie usamodzielni się na tyle, żeby wsadzić go w buty narciarskie i przypiąć narty - dopóty ze wspólnych wyjazdów na zjazdy z górki możemy pomarzyć. Co innego wypróbowane przez nas w tym roku po raz pierwszy narty biegowe :) Wyjazd zaplanowany z jakimś 2 tygodniowym wyprzedzeniem. Czasu na tyle dużo, że oczywiście wszytko załatwiałam na ostatnią chwilę... Grubszy komin, kombinezon, śniegowce i śpiworek do wózka, bo ten który był w wózku, to jakieś nieporozumienie... Tak, wiem, że jest zima, ale nie mieliśmy niczego z listy, bo najprościej w świecie - nie było nam to potrzebne... Jakby tak policzyć wszystkie "śnieżne i mroźne" dni z całego sezonu, to może z tydzień byśmy nazbierali. I tak, komin uszyłam, kombinezon kupiłam używany (swoją drogą jest suuuuper :)), śniegowce przyszły z internetów. Pozostał śpiwór. Też chciałam kupić używany, bo miałam w świadomości to, że będzie podobnie jak z kombinezonem. Będzie potrzebny przez tydzień, a potem zrobi się za mały. Zaczęłam szukać i nic. Albo za małe, albo różowe, albo  przyszłyby do domu jak już będziemy w górach... Pozostało szycie ;)
No i właśnie o tym, będzie dzisiejszy post. O wspomnianym śpiworku. Podsumowując - mój szyciowy projekt życia! ;) (póki co)

ocieplacz na sanki

Zaczęło się niewinnie, od googlania.. Znalazłam coś co mi się spodobało, skonsultowałam z bardziej doświadczonymi mamami, zmierzyłam wózek i zrobiłam rysunkowe podejście do tematu :) Wyszło, że wcale nie będzie tak trudno. Gdyby ktoś mi powiedział zanim zabrałam się do pracy z czym to się je, to wyśmiałabym go na starcie... oj jak bardzo bym się myliła!

śpiwór na sanki dla małego dziecka

No ale, w końcu jestem mamą, nie? A czego się nie robi dla własnego dziecka?
Wyciągnęłam wszystkie materiały jakie miałam w domu. Wyszło, że na śpiwór starczy biało szarego zyg zaka i niebieskiego minky. Po delikatnym dosztukowaniu tu i tam... Owatę gr. 2cm też miałam. Brakowało tylko zamka. Wpadłam do pasmanterii 2 minuty przed zamknięciem, prawie zderzając się w drzwiach z panią, która właśnie chciała zamykać. Wybłagałam wejście, bo ja tylko po zamek ;) W zasadzie to po 2,1 m zamka pościelowego i po dwie końcówki do zapinania jak się później okazało, bo niestety zamków które sobie wymyśliłam, nikt nie robi w takiej długości... Grunt, że był taki.

śpiwór na śnieg

Śpiwór ma 120 cm długości z tyłu, 90 cm długości z przodu i 50 cm szerokości. O góry zapina się w "daszek" na rzepy, żeby w razie czego móc schować głowę.

śpiwór z daszkiem

Zaczęłam od pozszywania ze sobą wszystkich sztukowanych kawałków, z jedną tylko pomyłką, którą niestety widać, ale wygląda jakby było specjalnie... ;) To był pikuś w porównaniu z resztą szycia...
Dobra, ale co w tej reszcie było takiego trudnego?
Po pierwsze, zamek.

ocieplacz zamiast kołderki

Problem pojawił się już na samym początku. Jak wcisnąć na niego te dyndające do zapinania? Niby proste, tylko nijak nie mogłam sobie z tym poradzić. Na szczęście z pomocą przyszedł SuperMąż i sprawa została załatwiona...

Po drugie, zamek ;) Wszywaliście kiedyś gdzieś tak długi zamek? I to jeszcze po łuku, do czegoś co się rozjeżdża, rozciąga i faluje? (o taaaaak, mówię o minky...) No właśnie. Ja też nie. To była pierwsza lekcja. Z lepszym bądź gorszym efektem, udało mi się przyszyć go do jednej z części śpiworka.

Po trzecie, zamek! Jak wyżej. Tym razem było trudniej, bo pierwsza część była już przyszyta i musiałam się namęczyć i nakombinować jak to poodwracać na lewo/prawo, żeby potem miało ręce i nogi...
Jak widać, koniec końców ma ;)



To jeszcze nie koniec wyliczania.
Jest też po czwarte i po piąte...

#4 - maszyna do szycia. Powiedziała NIE!! Rzuciła igłą przez cały pokój, ta odbiła się od drzwi i "z hukiem" poleciała gdzieś na podłogę... dobra, luzik, zmieniał igłę i jedziemy dalej... Zmieniłam igłę i znowu to samo, tym razem już bez tak spektakularnego wystrzału. To był ten moment, w którym założyłam trzecią igłę i zaczęłam się zastanawiać, o co chodzi? Okazało się, że każda kolejna igła, zaczęła haczyć o tą metalową blaszkę z podziałką nad bębenkiem... no to poszyłam... googlanie nic nie wniosło, fb też nie... pozostało liczyć na pomoc SuperMęża, który i tym razem nie zawiódł! Najwyraźniej w środku w maszynie WSZYSTKO się przesunęło o jakieś 2mm do tyłu, więc regulacja dawała mi tyle, że mogłam igłą trafiać prosto w blaszkę, a nie w jej krawędź jak do tej pory... Na szczęście Mężu zdziałał cuda, a na odchodne dostałam okulary ochronne, w razie gdyby jednak jeszcze coś było nie tak i kolejna igła strzeliła... śmiejcie się, ale szyłam w nich kolejne 1,5 h ;)
BTW. miał ktoś kiedyś taki problem? Skąd to się bierze i co z tym zrobić???

A teraz jeszcze po piąte - już ostatnie. Ocieplina w środku. Odpuściłam sobie szycie jej na maszynie, bo po wcześniejszych doświadczeniach wiedziałam, że szkoda na to mojego czasu i cierpliwości, a dodając jeszcze do tego fakt, że miałabym jednocześnie wszywać zamek - po prostu dałam sobie z tym spokój. Ocieplinę wycięłam na wymiar zszytego już śpiwora i po prostu ręcznie przyszyłam ją do zapasów na szwy na lewej stronie.
Na koniec powywracałam wszystko na prawą stronę i pozaszywałam ręcznie pozostałe dziury. W tym momencie też okazało się, że minky się naciągnął i z jednej strony wyszło super, a z drugiem mam wielkie zmarszczenie... Nikt nie mówił, że będzie łatwo. 
Wszystko zajęło mi 5,5 h łącznie z "jak złożyć ten zamek?" i "aaaaaaa maszyna mi nie działa!!". Szacuję, że konstruktywnej pracy było jakieś 4-4,5h.

I jeszcze podsumowanie materiałowe
Zużyłam ok. 1x1 m minkiego (jakoś tak się złożyło, że akurat dokładnie taki kawałek miałam) + jakiś dziwny "niewymiarowy" kawałek chyba resztka po kominach. Kawał bawełny w kształcie wielkiej chochli do zupy, który został po szyciu Mei Tai. I kawał owaty 1,2x1m. 
Do tego znalazłam kawałek granatowej wypustki +/- 50cm, który kiedyś ucięłam i okazał się za krótki do wykończenia bluzy, ale do śpiworka "prawie" pasował i idealnie zamaskowałam nim sztukowanie materiału z przodu (tył został już po prostu z dwóch kawałków, ale i tak tego prawie nie widać).
No i nieszczęsny zamek rozpinany z dwóch stron dł. 2,1m.
Koszt samych materiałów to ok. 70zł + te wszystkie godziny pracy.
Nie wiem czy ekonomicznie aż tak bardzo warto, ale to, czego nauczyłam się szyjąc ten śpiwór, to moje!

Mam jeszcze dla Was małe foto z dnia przed wyjazdem. Jak widać do wózka też idealnie pasuje :)

śpiworek z minky i bawełny

Śpiworek wpisuje się w wyzwanie kolorystyczne w Klubie Twórczych Mam :) O TUTAJ, do którego go zgłaszam!


Zrealizowałam nim również wyzwanie zamkowe w grupie Tydzień Szycia Dzieciom na FB :) Jak szaleć, to szaleć, nie? A wszystkim kobitom, które cierpliwie mnie tam wysłuchały i wsparły dobrą radą po stokroć dzięki :*

Acha i skoro już udzieliłam sobie głosu, to chciałabym się jeszcze podzielić z Wami małą refleksją. Często słyszę głosy, że nie mogę się ruszyć z domu, nigdzie pojechać, bo mam małe dziecko. Że dziecko blokuje, bo nie da się z nim podróżować, że przez to dorośli zaczynają gnuśnieć i kisnąć w domach. Że każdy taki wyjazd, to mnóstwo rzeczy do zabrania, wielki wydatek i cała ta logistyka z tym związana niweczy "trud odpoczywania" i odbiera przyjemność. NIC BARDZIEJ MYLNEGO!!!
Z Tośkiem jeździmy wszędzie, od zawsze. Staramy się po prostu racjonalnie planować wyjazdy i nie porywać się na rzeczy ponad nasze siły, więc wiemy, że np. wyjazd samochodem do Portugalii "na raz", to nie jest rzecz, którą chcielibyśmy zrealizować. Niemniej jednak z małym dzieckiem da się pojechać nad morze, pojechać na wycieczkę w góry, czy jak widać, nawet pojechać na narty - bo tak, Antoś cały czas był z nami. Dla dzieci można wypożyczyć specjalne przyczepki, w których siedzą sobie bezpiecznie i jadą za rodzicem. Na prawdę nie trzeba brać 50 kompletów ciuchów, wanienki, czy turystycznego łóżeczka i innych "niezbędnych" akcesoriów. Możecie to sobie odpuścić, wrzucić na luz i cieszyć się urlopem, a Waszemu dziecku na pewno nic się z tego powodu nie stanie, że umyje się pod dorosłym prysznicem, będzie spało z rodzicami, albo chodziło w lekko brudnych spodniach. Jedzenie? My nie mamy z tym problemu. Zawsze staramy się zamawiać rzeczy, które Młody też zje bez problemu (czyli w zasadzie wszystko.. :)), tak jak w domu. Pieluchy? To też temat do przejścia. Na pocieszenie powiem, że my na co dzień używamy tetrowych i większość wyjazdów też z nimi zaliczamy, więc wiem, że się da!
Macie jeszcze jakieś obawy z tym związane? Wystarczy spróbować, a sami się przekonacie, że też dacie radę!!

10 komentarzy:

  1. Piekny, cieply spiworek, dzieciatko od razu widac, ze zadowolone :) I w pieknych barwach :) Dziekujemy za udzial w wyzwaniu Klubu Tworczych Mam :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Barwy wyszły w zasadzie przypadkiem, bo użyłam tego co miałam w domu. Ale przyznaję, że połączenie jest bardzo korzystne i niesamowicie mi się podoba! :) W sumie to do białego i szarego pasuje wszystko ;) Synek najpierw nie chciał wsiadać, a potem nie chciał wysiadać..... ;) a sam śpiworek sprawdza się super!

      Usuń
  2. Szczerze mówiąc, strasznie irytują mnie takie generalizacje. Powinszować, że Twoje dziecko podróżuje bezproblemowo, ale weź proszę pod uwagę, że to nie jest wzór z Sevres i są dzieci o innych charakterach i temperamentach. I one nie chcą jechać samochodem, nie chcą siedzieć w przyczepce i nie będą jadły tego, co akurat dają w knajpie. I organizacja nie ma tu nic do rzeczy.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Granda, nie mam tu zamiaru nikogo nigdzie wysyłać na siłę! Chociaż niektórym pewnie by się przydało ;) Mnie z kolei bardzo drażnią ludzie, którzy aurorytatywnym tonem z pozycji "eksperta" ogłaszają wszem i wobec, że się nie da, a nigdy nawet nie spróbowali i to do nich chciałam skierować te zdania.
      Uwierz, nasze podróżowanie też nie jest zawsze super przyjemne. Nie raz mieliśmy akcję w stylu obrzygany Młody i jeszcze w bonusie pół auta, a ile razy chciałam się zatrzymać na poboczu i wysadzić małego wrzeszczącego terrorystę, to już nawet nie zliczę... jeśli zaś chodzi o temperament, to tego mu nie brakuje. Nie wiem po kim to ma, ale ja się nie przyznaję ;)
      Z jedzeniem natomiast przyznaję Ci rację, chociaż uważam, że fakt, że nasz Synek je prawie wszystko jest w dużej mierze naszą zasługą i przyzwyczajania go do różnych smaków już od brzucha. Wiem też, że są dzieci, które nie zjedzą niczego innego niż to, co przygotuje mama czy tata, ale moim zdaniem nie przekreśla to od razu całego wyjazdu.
      Co do organizacji, to na pewno nie da się nią załatwić wszystkiego, ale można w ten sposób uniknąć wielu problemów! Już sama podróż w czasie drzemki, czy nie jedzenie bezpośrednio przed wyjazdem i zaplanowane postoje działają cuda.
      Zatem uważam, że jeśli ktoś faktycznie chociaż próbował wybrać się gdzieś z dzieckiem, to już i tak jest na wygranej pozycji i wtedy jego głos "nie da się" rzeczywiście się dla mnie liczy.

      Usuń
    2. To niestety tak nie działa... Te teorie, że swoim zachowaniem zmienisz preferencje dziecka, typu, nie noś bo się przyzwyczai, nie kładź w ciszy bo mu będzie przeszkadzał hałas, karm i jedz różnorodnie to nie będzie wybrzydzać - są mega irytujące dla rodziców, którzy stają na uszach a i tak nie wychodzi. Bo one nie mają podstaw bytu. Dlatego oburzam się głośno, kiedy tylko je słyszę.

      Usuń
    3. Ja zupełnie nie o tym mówię! Mam wrażenie, że rozmawiamy na dwa różne tematy... Chociaż owszem, uważam, że swoim zachowaniem można wpłynąć na preferencje czy zachowanie dziecka, ale po pierwsze, NIE KAŻDEGO DZIECKA, a po drugie, NIE W KAŻDYM ZAKRESIE. A uważam tak, bo u nas się to w niektórych wypadkach sprawdza. W innych - polegliśmy na całej linii! ;((( Nie pomogło nawet stawanie na rzęsach i to umalowanych... ;)
      To o co mi chodzi, to nie preferencje dziecka, a przyzwyczajenia i sposób zachowania RODZICA. Bo to rodzic decyduje - jedziemy, albo nie jedziemy. Zabieramy to i to, a tego nie i koniec. Wyjeżdżamy o tej czy o innej porze. Nie mówię, że dziecko przeistacza się na wyjeździe w jakiegoś aniołka, grzecznie robi wszystko o co je poprosimy i w ogóle jest wzorem do naśladowania dla innych małych ludzi. Moje też ma swoje fochy i często robi to na co ma ochotę, zupełnie nie przejmując się tym, że coś się do niego mówi.
      Dążę do tego, żeby uświadomić ludziom, którzy jeszcze NIE PRÓBOWALI ruszyć się z domu z maluchem, że nie taki diabeł straszny. Trzeba przełamać swój wewnętrzny opór i mieć w ogóle chęć do tego, żeby się gdzieś wybrać, a nie usprawiedliwiać się przed sobą i innymi tym, że dziecko jest małe, więc się po prostu nie da. Co gorsze wmawiać innym, że każda taka próba (oczywiście niepodjęta...) to samobójstwo.
      Od czegoś zawsze trzeba zacząć. Nie karzę nikomu rzucać się od razu na głęboką wodę. My zaczynaliśmy od kilkugodzinnych wypadów za miasto do lasu. Później przyszła pora na całodzienne wypady do innego miasta, bo tak się składa, że oboje pracujemy zdalnie z domu, 120 km od miejsca zatrudnienia. Tak, karmiłam piersią w samochodzie i przewijałam na tylnym siedzeniu. Nie powiem, że jest to wygodne, ale jest to możliwe. W ten sposób nabyliśmy podstawy, a praktyka czyni mistrza ;) Nie mówię, że już osiągnęliśmy ten etap, bo wiem, że jeszcze dłuuuuuuuga droga przed nami i widzę pole do zmian. Najważniejsze dla mnie jest to, że chcę w ogóle dalej próbować!
      I jeszcze uwaga trochę z innej strony, ale dalej w temacie wyjazdów. Czym różni się np. taki wyjazd na kilka dni do dziadków (zakładając, że mieszkają w innym mieście) od innej kilkudniowej wycieczki? Nie wiem jak inni, ale my zabieramy PRAWIE DOKŁADNIE ten sam zestaw rzeczy, mocno z resztą okrojony. Dlaczego prawie? Na wycieczki zabieramy jeszcze chustę albo mei tai, do dziadków niekoniecznie, a ostatnio nawet o tym zapomniałam i okazało się, że nie były potrzebne... :)
      Mam nadzieję, że w ten przydługi sposób udało mi się jakoś nakreślić to o co mi chodzi i mój punkt widzenia :)

      Usuń
  3. zdolna mamuśka z Ciebie...ale masz rację, czego się nie zrobi dla swojego dziecka :)
    serdeczne dzięki za udział w naszym wyzwaniu :)
    Pozdrawiam, tynka-KTM :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dzięki za miłe słowa :)
      "cuda wianki" jak to mówi moja Mama ;)

      Usuń
  4. Genialny ten śpiworek, a łamiąca igła zmroziła mi krew w żyłach.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dzięki :) I przyznaję, nie było mi do śmiechu wtedy, a momentami byłam nawet bliska rozpaczy ;) Grunt, że temat zakończony bez ofiar w ludziach ;)

      Usuń

Będzie mi niezwykle miło, jeśli w komentarzach podzielicie się ze mną swoją opinią! :)