poniedziałek, 28 grudnia 2015

Moje dorosłe początki szycia - historia prawdziwa ;)

jak zacząć szyć, od czego zacząć naukę

Pod wpływem pytań, jakie od Was czasem dostaję, jakiś czas temu zaczęłam się zastanawiać, w którym momencie rozpoczęła się moja przygoda z szyciem, ale tak na poważnie. Od czego to wszystko się zaczęło? Bo okazjonalne uszycie sukienki, czy torebki raz na rok, to wcale nie przygoda. To bardziej epizod w życiu, który później można wspominać przy kominku i delektować się tym, że "potrafię".
Po wszystkich rzeczach, które uszyłam od wczesnego dzieciństwa do wczesnej dorosłości, miałam przeświadczenie, że potrafię. Coś na zasadzie - chcieć to móc. Jak mi się zachce, to na pewno będę wiedziała jak.

Pytacie od czego zacząć, co uszyć na początku, co się szyje łatwo, a co trudno, dla dzieci, czy dla dorosłych? Tkaniny, dzianiny? Jak to ugryźć, żeby się nie zniechęcić? Jaka maszyna? Czy to jaka ona będzie na początku jest w ogóle ważne? Skąd brać wykroje? Gdzie kupić materiały? Jak przenieść wykrój na materiał? Jak wyciągnąć go z Burdy? Czy szycie się opłaca?
Staram się odpowiadać na bieżąco, a po jakimś czasie ze wszystkich tych odpowiedzi powstaje kolejny post... I wiecie co, to wszystko składania do refleksji i przypomina mi wciąż od czego... ja zaczynałam... :)

Przygoda, która trwa do dziś, zaczęła się od...
od dwóch poduszek z wsadem z prosa. I poszewki.
Mąż wymyślił sobie poduszkę, stwierdziłam - to ja Ci taką zrobię. Kupiliśmy łuskę prosa, kupiłam materiał na wsad do poduszek i zamek. Zrobiłam pierwszą. Ręcznie! Szybciej poszła w rodzinę, niż zdążyliśmy się nią nacieszyć ;) Trzeba było zrobić powtórkę. Powstała i druga. Znowu ręcznie! A potem poszewka do kompletu. I przyszła taka myśl "gdybym miała swoją maszynę, tu - na miejscu, byłoby dużo szybciej". Do tej pory zawsze używałam maszyny mojej Mamy (a czasem Babci lub Dziadka), która to też u niej na co dzień mieszka. Jakoś nigdy nawet nie myślałam o tym, że mogłabym mieć swoją. Po i po co? Przecież wcale nie szyję dużo. No i gdzie miałabym ją trzymać? (mieszkaliśmy po studencku, w wynajmowanym mieszkaniu).

A potem przyszło Boże Narodzenie. Kolorowy papier i moje wielkie zdziwienie! Odpakowałam papier, a w środku była ONA. Czegoś takiego w życiu się nie spodziewałam. Z różnych przyczyn, zacząć mogłam dopiero po Świętach. Ale jak już zaczęłam, to w dalszym ciągu nie mogę skończyć ;) I co najpiękniejsze, wcale nie chcę!!


Warto w ogóle szyć? Moim zdaniem warto. Nie mówię, że zawsze jest to super opłacalne ekonomiczne (co uświadomiłam sobie dobitnie jakiś czas temu, poproszona o uszycie jednej pary dziecięcych spodenek.. że w zasadzie raczej nie jest, przy takich pojedynczych "wyskokach" ;) ), ale niesamowicie rozwija wyobraźnię, sprawiło, że zaczęłam świadomie podejmować decyzję o tym co noszę, a czego nie (chodzi mi o rodzaj materiałów), rozwija zdolności techniczne i manualne (równe wycinanie, przesuwanie materiału pod maszyną, modyfikowanie wykrojów i te sprawy). No i co najważniejsze, moje dziecko chodzi w czymś, co uszyła dla niego mama, w dobrej jakości materiałach i w czymś, czego nikt inny na pewno nie ma identycznego :)
(swoją drogą o tym, czy szycie dla dzieci się opłaca, fajnie napisała Agnieszka, o tutaj)


A od czego Wy zaczynaliście? Od ręcznego szycia, czy od zakupu maszyny? (O tym jaką maszynę kupić na początek pisałam tutaj) Czy od szycia na pożyczonej? No i co poszło na pierwszy ogień? :D Chyba pierwsze rzeczy uszyte jakie ja pamiętam, to spódniczki dla Barbie ;) Aż szkoda, że nie mam zdjęć, bo mielibyście niezły ubaw ;D Jak zaczęła się Wasza historia?

30 komentarzy:

  1. Izabela izaadina28 grudnia 2015 09:07

    Bo najważniejsza jest satysfakcja, bo potrafic coś zrobić to jedno a miec z tego przyjemność to drugie i powiem Ci ze to już nie przejedzie , jednak bardzo trafiony prezent z tą maszyną, pozdrawiam Izabela

    OdpowiedzUsuń
  2. Z tym, że nie przejdzie już się pogodziłam.. ;) I w zasadzie całkiem się z tego cieszę! :D

    OdpowiedzUsuń
  3. Twórcze Wytwory28 grudnia 2015 10:46

    Ja za dziecka uszyłam lalce tiulową suknię balową. Do dzisiaj pamiętam jak paskudnie tamten materiał się strzępił!

    OdpowiedzUsuń
  4. Ja szyłam od dziecka. Nie mając jeszcze 7 lat uszyłam pierwsze kreacje dla mojej Barbie. Potem gwiazdkowa maszyna do szycia dla dzieci (miałam może z 8 lat). Potem czasami na maszynie mamy. Zdolności miałam jakie miałam, jak szyłam to raczej nić extra. Kilka lat przerwy i pościel dla Kamy :) A na serio ze swoją osobistą maszyną od września 2015 :) Czyli nie tak dawno :)
    I teraz trochę kremówy :]
    Chyba dzięki Tobie przypomniałam sobie jakie szycie jest fajne :) A potem to już sama wiesz ;)
    :*

    OdpowiedzUsuń
  5. Ja w dzieciństwie coś tam dla lalek próbowałam szyć, potem było szydełko...Szyć tak naprawdę zaczęłam kiedy ogromnie spodobało mi się etui na pieluszki i chusteczki, ale stwierdziłam że jego cena z przesyłką jest nie dla mnie 😊 postanowiłam spróbować własnych sił na babcinym łuczniku 466 i do dziś się śmieję z tego co mi wtedy wyszło 😂 ale używałam na poczatku z wielką dumą 😁

    OdpowiedzUsuń
  6. Moda w Praktyce28 grudnia 2015 21:27

    Oooo, a ja właśnie też się zabieram za opisanie jak zaczęłam szyć (ja zaczynałam od futrzanej kurtki dla Barbie), bo moje początki są tak bardzo różne od tego jak się zaczyna szyć obecnie. A co do opłacalności, to polecam się http://senczyna.com/2014/03/czy-szkoda-czasu-i-atlasu-na-dzieci/

    OdpowiedzUsuń
  7. Edyta Lebiedziewicz28 grudnia 2015 23:13

    Już od dłuższego czasu ślędzę Twojego bloga i to właśnie Twoje dzieła były dla mnie motywacją. W dzieciństwie pamiętam, że naprawiałam ręcznie ubrania mamy, taty, siostry, popsute pluszaki, urwane guziki. Moja mama nazwała mnie nawet domowym szyjkiem i tak było przez lata. Przewinęło się też robienie na drutach... I parę lat temu dostałam od mamy szydełka. Nawet do nich nie zaglądałam do czasu aż zaszłam w ciąże. Zaczęłam częściej coś dziergać ale gdy przyszedł mały na świat dzierganie strasznie wolno mi szło.
    Na Twoim blogu zobaczyłam poduszkę motylka i od tego się zaczęło. Uszyłam ją na antycznej maszynie singer z takim nożnym napędem :D. Tak mi się spodobało, że postanowiłam uszyć komin... Również Twój blog. Minusem wyżej wymienionej maszyny był tylko jeden ścieg a ja koniecznie chciałam naszyć aplikacje mojemu synkowi i tak namówiłam męża na nową maszynę. Singer 8280. I uszyłam komin, który za namową męża stał się czapką.. I tak to się zaczęło. ;)

    OdpowiedzUsuń
  8. Kitka z nitką30 grudnia 2015 14:54

    Mogłabym, tak jak Ty, podzielić szycie na dwa etapy. Ten pierwszy, od wczesnego dzieciństwa aż do pójścia na studia, to były raczej takie okazjonalne zabawy z maszyną. Najpierw ubrania dla lalek, poduszeczki na szpilki dla mamy, kołderki albo inne zabawkowe duperelki. Potem to czasem nawet próbowałam uszyć sobie coś do noszenia, a czasem robiłam jakieś odzieżowe poprawki dla siebie albo kogoś :). Przez czas studiów właściwie nie tykałam żadnej maszyny, po studiach przez kilka lat też. Aż w końcu pomyślałam, że czas najwyższy żeby sobie sprawić takie urządzenie, bo czasami się ono przydaje. Kupiłam wypasioną maszynę i... schowałam ją na rok do szafy (zaszłam w ciążę, więc uznałam, że szycie dla siebie jest bez sensu; o szyciu dla dziecka jeszcze wtedy nie myślałam - głupia strasznie byłam). Ale jak wyciągnęłam wreszcie tę maszynę, to rzuciłam się od razu na głęboką wodę, bo myślałam, że potrafię - uszyłam mężowi dżiny, sobie sukienki (w tym na podszewkach), płaszcz wełniany i rozmaite przydasie. Teraz bez szycia nie wyobrażam sobie życie ;).

    OdpowiedzUsuń
  9. Ja maszynę "odkopałam", gdy urodził się nasz synek. Teraz nie mogę przestać!

    OdpowiedzUsuń
  10. Ciekawy post:) Faktycznie każdy jakoś zaczynał. Szycie staje się coraz bardziej modne i popularne.I fajnie! Chyba napiszę zatem post o wadach szyciowego hobby bo też takie niestety znajduję:) Jedną jest m.in. to, że przez szycie stajesz się bardzo świadomym i wybrednym konsumentem i nie możesz normalnie jak człowiek pójść do sklepu i kupić sobie jakiś ciuch:)
    Ja w każdym razie mam z tym problem.
    Swoją drogą dzięki za miłą wzmiankę :)Pozdrowienia w Nowym Roku

    OdpowiedzUsuń
  11. Ja kupiłam maszynę i uszyłam poszewki na poduszki :D Tak się zaczęło. To było jakieś pół roku temu :P

    OdpowiedzUsuń
  12. Ja pamiętam, że moja była w kwiatki :) I że ją tylko zfastrygowałam i byłam święcie przekonana, że MUSI się trzymać ;D

    OdpowiedzUsuń
  13. Wiem i baaaaardzo mnie to cieszy :D
    Takich epizodów z maszyną chyba nawet zliczyć się nie da ;) Moja Mama do tej pory się odgraża, że ma GDZIEŚ schowany mój fartuszek z lekcji techniki z podstawówki ;D (tylko chyba sama nie do końca wie gdzie ;) )

    OdpowiedzUsuń
  14. No i słusznie :) Moje pierwsze "dorosłe" rzeczy też mam w pamięci (a niektóre nawet i w szafie!!) do dziś i nawet z nich korzystam ;) zawsze z uśmiechem na twarzy, jak na nie patrzę. Wiem, że do ideału im daleeeeeeko, ale ważne że przywołują miłe wspomnienia :)

    OdpowiedzUsuń
  15. Futrzana kurtka brzmi jak wyższa szkoła jazdy ;) Wszelkie furetkowe uszytko kojarzą mi się zawsze mocno problematycznie. Chętnie poczytam :)

    OdpowiedzUsuń
  16. Bardzo mi miło :))))) Uwielbiam takie historie!! :D I cieszę się, że to miejsce po raz kolejny stało się dla kogoś punktem zwrotnym i początkiem "szyciowej kariery" :))))

    OdpowiedzUsuń
  17. Nie wyobrażam sobie kupić maszynę, a potem schować ją na rok do szafy... Cieszę się, że jednak poszłaś po rozum do głowy i ją z tej szafy wyciągnęłaś :P Bo lubię podglądać co tworzysz :D

    OdpowiedzUsuń
  18. Hehe to uzależnia, wiem coś o tym ;)

    OdpowiedzUsuń
  19. Też się z tego cieszę. Najbardziej z tego, że szyjący robią się coraz bardziej świadomi tego co później kupują i zwracają uwagę na detale :) Nie mówiąc już o rozwijaniu własnej pasji i pewnego rodzaju samowystarczalności.
    Boli mnie tylko gdy widzę, że ktoś, kto zupełnie nie ma wiedzy i doświadczenia w tamacie zaczyna od razu od sprzedaży swoich pierwszych "dzieł" kreując się na superprojektanta oraz alfę i omegę, a potem reszta nieszyjącego świata żyje w przeświadczeniu, że wszystko co szyte w domu, a nie w szwalni, to bubel i niedoróbka :(


    Powiem Ci jeszcze, że z zakupami też mam przez to ogromny problem... i koniec końców często zostaję z niczym, bo na szycie dla siebie czasu już mi czasu często nie starcza, a w sklepie nie kupię, bo widzę, że coś (często nawet jakaś pierdoła) mi nie pasuje...


    Czekam na post o wadach szycia, bo mam w głowie swoją listę i zastanawia mnie ile to tylko moje marudzenie, a ile to faktycznie rzeczy, które można uznać za prawdziwe wady ;)

    OdpowiedzUsuń
  20. Kitka z nitką4 stycznia 2016 19:12

    Teraz też sobie nie mogę wyobrazić, że mogłabym zrobić coś równie niemądrego ;).

    OdpowiedzUsuń
  21. Oj trwa trwa, aż się wszyscy w rodzinie dziwią, bo ja w życiu wcześniej nie miałam styczności z maszyną do szycia :)

    OdpowiedzUsuń
  22. Poduszki! Oczywiście ,że poduszki :) Tak długo zabierałam się za szycie ubrać, że poduszek powstało naprawdę dużo :)

    OdpowiedzUsuń
  23. Po raz kolejny i w moim przypadku Twój blog obudził we mnie dawno uśpione chęci na bogate szycie :)))) Jako mała dziewczynka tworzyłam różne piórniki, plecaki, torby i ciuszki dla lalek (jak każda z nas), ale później gdzieś to umknęło i poszło w niepamięć, a teraz szukam inspiracji, żeby uszyć coś dla synka i trafiłam tu i już dziś podjęłam decyzję - BĘDĘ SZYĆ! :) (mam nadzieję, że uda mi się "coś" stworzyć ;) ).Pozdrawiam :)

    OdpowiedzUsuń
  24. Witam,
    A ja mam pytanie :)
    Ja również zaczynam powoli myśleć o maszynie, bo chętnie poszyłabym synkowi.Właśnie dziś Teściówka przedstawiła mi maszynę swojej mamy-wspomnianą SINGER z nożnym napędem :) (w dzieciństwie szyłam co nie co - w domu mieliśmy maszynę z nożnym napędem, ale z lat 80-tych, a nie tak jak tu z 1890 :) )
    Moje pytanie dotyczy właśnie maszyny Singer - czy warto ją uruchomić? (ostatni raz była używana w latach 80-tych) i czy dam radę, skoro uczyłam się na nowszych modelach?
    Z góry dziękuję za wszelkie podpowiedzi :)

    OdpowiedzUsuń
  25. Na pewno dasz radę! :D U mojej Babci jeszcze taka stoi, z nożnym napędem. Wiąże się z nią u mnie masa cudnych wspomnień!! :) Wołami mnie od niej musieli odciągać jak byłam mała ;)
    Patrząc na tą mojej Babci, trzeba by sprawdzić czy pasek jest w dobrym stanie, czy przez te lata nieużywania czasem się nie skruszył, nie sparciał, czy coś w tym sylu i pewnie lekko podsmarować tu i tam :) No i w tej, którą znam, byłby też blat pewnie do wymiany, bo jest przeżarty przez korniki :( Niektóre wystarczy przeszlifować, żeby zadziorów nie było i do szycia!! :D aaaaach nie pogardziłabym nawet taką z 1890 w domu! :)

    OdpowiedzUsuń
  26. Dzięki :) Swoją wypowiedzią zachęciłaś mnie jeszcze bardziej ;)
    Faktycznie pasek jest już lekko "zmęczony" i trochę się ukruszył, kiedy próbowaliśmy go nałożyć na kołowrotek, ale mój teść (znany jako MacGyver ;D ) już coś tam podopinał i pasek jak nowy.Jeszcze nasmarujemy tu i tam, nawleczemy nici i chyba mogę siadać :) Jeśli chodzi o blat to, na szczęście, ta maszyna ma całą szafkę, w którą można ją schować i zamknąć blat roboczy do środka. Przyznam, że jak na taką staroć to ładnie wszystko się zachowało (na moje szczęście :))
    A najlepsza wiadomość z tego wszystkiego jest taka, że teściówka, kiedy zobaczyła jak zachwyciłam się tym pięknym antykiem, obiecała mi ją w spadku ;)
    Tak więc z przyjemnością zawiadamiam, że zostaję oficjalnym podglądaczem Twojego Bloga :) Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
  27. Wcale nie po cichu zazdroszczę i bardzo się cieszę!! :) fajnie, że teść się spisał :) daj znać jak juz coś z nią zrobisz, bo jestem niesamowicie ciekawa jak maszyna da sobie radę po takim czasie! :)

    OdpowiedzUsuń
  28. Trzymam kciuki i życzę powodzenia!! :D

    OdpowiedzUsuń

Będzie mi niezwykle miło, jeśli w komentarzach podzielicie się ze mną swoją opinią! :)